Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grzbiet Kamienicki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grzbiet Kamienicki. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 stycznia 2015

Przez Kamienicki Grzbiet Gór Izerskich. Część II.


09.IX.2014: Smolnik-Dolina Kamienicy-Kowalówka-Kamienica-Chromiec


Na zachodzie - zawieszony nad szczytem Kowalówki, bliski pełni księżyc, subtelnie rozświetla ciemne sklepienie nocy. Na wschodzie – schowane za horyzontem słońce przygotowuje nieboskłon do brzasku, rozlewając nad Kozią  Szyją coraz jaśniejszą łunę. Na północy – obleczone mgłą Pogórze, pogrążone jeszcze w mroźnej ciemności. W środku tego trójkąta – Smolnik luźno obsypany domostwami Chromca. Jego bezleśny szczyt jest dzisiaj moim miejscem w pierwszym rzędzie widowni. A spektakl, jaki za chwilę ma się rozegrać, to przebudzenie izerskiego dnia.

 Chatka w Górnym Chromcu, w tle - Kowalówka

 Zbliżający się świt - widok ze Smolnika na Pogórze Kaczawskie

Kozia Szyja przed świtem

Łuna nad Kozią Szyją jaśnieje z każdą chwilą, wlewając odcienie złota i czerwieni w ciemno-granatowe niebo. Po kilku minutach barwi się nimi cały horyzont. Zza wschodnich szczytów wypełzają podłużne łańcuchy czerwonawych chmur i zwolna nasuwają się na niebo nad Pogórzem. Pierwsze promienie słońca, niewidocznego jeszcze zza gór, wdzierają się w panoramę i pokładają świetliste smugi na świerkowym kobiercu stoków Kowalówki. W strumieniach porannego światła znajdują się następnie coraz niżej położone części Pogórza, jakby po kolei wywoływane do przebudzenia. Zalegająca w dolinach, nocna pierzyna mgieł zaczyna się unosić. Jak za dotknięciem pędzla, ciemne do tej pory, wschodnie stoki gór, są jeden po drugim zamalowywane zielenią, brązem i bielą. Doliny Pogórza, w których promienie słońca rozpraszają się we mgle, uzyskują pastelowe tony, podczas gdy wyniesione szczyty wymalowane zostają z kontrastującymi szczegółami. W tym świetlistym popisie słonecznego artyzmu nawet sucha ruń łąki pod moimi nogami wygląda efektownie, oświetlona od boku długimi promieniami. Podążając wzrokiem za pędzącym po szczycie Smolnika światłem, widnokrąg zamykają mi dwa szczyty, wyraźnie górujące nad okolicą. To kulminacja Kamienickiego Grzbietu i cel mojej dzisiejszej wędrówki – Kowalówka i Kamienica.

Pogórze Kaczawskie z Gwarczykiem

Świt na Smolniku

Widok ze Smolnika na Pogórze Kaczawskie
 
Kowalówka (po prawej) i Kamienica (po lewej) widziane ze Smolnika


 Panorama ze Smolnika

Rozdzierający poranną ciszę krzyk orzechówki oznajmia, że dzień rozpoczął się na dobre. Opuszczając szczyt Smolnika, po krótkim spacerze górską, miejscami podmokłą łąką, zagłębiam się w las. Droga prowadzi północnymi zboczami Jastrzębca, z których wysiąkają gdzieniegdzie strumienie. Po przekroczeniu najdłuższego z nich – Hucianki, skręcam z leśnej drogi w wysoką świerczynę. 

Łatwość z jaką mogę poruszać się po wydeptanych ścieżkach zwierzyny, biegnącymi najczęściej po warstwicy stoku, sprawia, że nieuważnie znów odbijam na południe, zbaczając z północno-zachodniego azymutu na Kowalówkę. Natrafiam dzięki temu na kilka drobnych strumieni, będących sporym urozmaiceniem w dość monotonnym krajobrazie wysokich świerczyn. Ich charakterystyczną cechą jest, poza obecnością torfowców, występowanie ciekawej górskiej paproci – podrzenia żebrowca. Na nagiej glebie lub permanentnie wilgotnych poduszkach mchów, po chwili poszukiwań można dostrzec skupienia tej paproci, złożone z kilku-kilkudziesięciu osobników. Jest to gatunek górski, szczególnie lubiący kwaśne, wilgotne gleby, ubogie w substancje organiczne. W Górach Izerskich widuję go często w rowach biegnących wzdłuż leśnych dróg, gdzie na odsłoniętej, nagiej piaszczysto-żwirowej glebie młode rozetki liści podrzenia pojawiają się w bardzo gęstych skupieniach. Do 2014 roku znajdował się pod ścisłą ochroną gatunkową, obecnie jest chroniony tylko częściowo. Poza górami jest gatunkiem bardzo rzadkim, w rozproszeniu występującym na przykład na Przedgórzu Sudeckim i Nizinie Śląsko-Łużyckiej, sięgając do południowych rubieży Ziemi Lubuskiej. Podrzeń należy do tych nielicznych paproci, które wykształcają dwa, wyraźnie różne, rodzaje liście – jedne, zimozielone, służące jedynie do odżywiania, drugie zaś służą do produkcji zarodników i pojawiają się tylko w czasie sezonu wegetacyjnego. Różnica w wyglądzie obu rodzajów liści i fakt, że liście zarodnionośne wykształcają się jedynie okresowo, przyczyniła się do ludowych wierzeń, jakoby gatunek ten miał być mitycznym kwiatem paproci. Podobne wierzenia obejmowały również inne paprotniki u których liście zarodnionośne wyraźnie różnią się od asymilacyjnych, takie jak długosz królewski, pióropusznik strusi, nasięźrzał i podejźrzony. Nazwa „podrzeń” jest zresztą tylko modyfikacją nazwy „podejźrzon”, a jej znaczenie takie same. „Źrzeć” w staropolskim oznacza tyle co „patrzeć”, więc „podejźrzeć” tyle co „podejrzeć”, a „podźrzeć” – „podpatrzyć”. Kwiat paproci, jak wiadomo, był magicznym artefaktem, w którym skryte były wszystkie tajemnice i odpowiedzi na  wszelkie pytania, które miały zostać wyjawione znalazcy. Szczęśliwiec ten miał odtąd „wszystko wiedzieć i widzieć, choćby pod ziemią”.  Ponadto sprzed oczu wybrańca miała osuwać się ciemna zasłona przyszłości, która nie zakrywałaby więcej nieprzewidzianych wypadków losu. Oryginalna nazwa „podejźrzon” odnosiła się więc prawdopodobnie do owego legendarnego kwiatu, który „podejźrzał” wszystkie tajemnice świata. Dopiero później przypisana została do określonych gatunków roślin – jeszcze w XVIII w. podrzeń żebrowiec zwany był długoszem szwedzkim (podobnie jak nazwa „nasięźrzał”, obecnie oznaczająca konkretną roślinę, a pierwotnie używano jej w odniesieniu do wszelkich eliksirów miłośniczych, mających zwracać dwoje ludzi ku sobie – „na się źrzeć”).

 Strumień spływający z zachodniego stoku Jastrzębca

 Podrzeń żebrowiec

Schodzę w dół stoku, kierując się bezpośrednio na wznoszące się nade mną potężne zbocze Kowalówki. W miarę zbliżania się, góra coraz częściej widoczna jest poprzez sklepienie świerków. Żeby zacząć wędrówkę na jej szczyt, muszę zejść do samego podnóża, co jest o tyle przyjemne, że patrząc z dołu, wyraźniej widać jej „górzystość”. Wchodząc na nią Tytoniową Ścieżką od zachodniej strony, czy też od Skrzyżowania Pod Jodłą, od północy, zapewne tego wrażenia nie ma.  Taka specyfika Gór Izerskich, chyba szczególnie odczuwalna na Grzbiecie Kamienickim, że po wejściu na jego szczyt można chwilami zapomnieć że jest się w górach, gdyż podąża się po dość równym terenie, co jakiś czas tylko znaczonym słabo wyodrębniającym się wierchem. Schodzę więc wzdłuż ściekających po zboczu strumieni, by po chwili znaleźć się u wylotu Kromnowskiej Jamy. W tym obniżeniu ograniczonym pięcioma szczytami spotyka się wiele drobnych strumieni oraz dwa większe cieki – Czarny Potok i Kamienica – rzeka, w której ostatecznie łączą się wszystkie te wody. Nazwa jej jest oczywiście bardzo adekwatna do charakteru – koryto usłane jest blokami skalnymi i mniejszymi kamieniami. Bystry nurt na obu ciekach, tworzący drobne, strużkowe wodospady,  sprawia że woda rozpryskuje się o skały, obficie zraszając burty brzegowe. Wykorzystują to wilgociolubne mchy, zwłaszcza płonnik, porastający nadbrzeżne kamienie miękkimi poduszkami.

 Czarny Potok

 Czarny Potok

 Kamienica

Od Kamienicy ruszam w górę. Przeciskając się przez młodnik, natrafiam ponownie na jedną ze ścieżek. Wznosi się ona równolegle do rzeki, a przez luźny, świerkowo-bukowy drzewostan, jej koryto jest wciąż widoczne. Ta część stoku Kowalówki nosi właściwie dwie nazwy – na mapach topograficznych podpisywana była jako „Świerczyna”, natomiast mapy niemieckie określały ją jako Alte Gedinge, co w polskiej wersji brzmi – „Spalenisko”. Po wzniesieniu się o 100m, na wysokości około 700m. n.p.m. przecinam Wysoką Drogę. Z tego punktu żadna ze ścieżek nie odbija pod górę, więc ponownie zagłębiam się w leśne bezdroże. Na tej wysokości leży już śnieg, co nieco utrudnia podejście. Najłatwiej jest mi poruszać się mniej zadrzewioną linią oddzielającą gęstą świerczynę od dość starej świetlistej buczyny, unikając w ten sposób przedzierania się przez ośnieżone gałęzie. Nieco wyżej okazuje się, że jest to nieuniknione, gdyż wycięte w drzewostanie gniazda drzew obsiały się modrzewiem, który tworzy teraz trudną do przebycia, białą gęstwinę.

 Buczyna na stoku Kowalówki

Im wyżej się znajduję, tym bardziej wymaga to manewrowania między podobnymi przeszkodami. Dochodząc w końcu do kolejnej drogi opasującej szczyt, otrzymuję wyjaśnienie obecności tych dzikich, z punktu widzenia gospodarki leśnej – „zapuszczonych” fragmentów. Tablica oznajmia, że znajduje się tu ostoja zwierzyny, a więc możliwe że strefa ochronna wokół gniazda jakiegoś ptaka, w której na pewnym obszarze wszelkie prace gospodarcze są zabronione. Przyroda przejmuje w sposób nieskrępowany takie miejsca pod swoje władanie i w szybkim czasie nadaje im bardziej naturalnego, dzikiego charakteru. W tym przypadku użycie słowa „naturalny” jest problematyczne, jako że spontanicznie pojawiającym się gatunkiem jest tu modrzew, drzewo dla tego obszaru geograficznie obce (podobnie zresztą jak świerk, którego dominacja w reglu dolnym jest zupełnie nienaturalna).

Na wysokości 800m n.p.m. po raz kolejny natrafiam na biegnącą po warstwicy ścieżkę. Ta jednak, w przeciwieństwie do dwóch poprzednich, nie jest przejezdna i sprawia wrażenie całkiem urokliwej i na swój sposób – zabytkowej. Zbudowana jest w formie kamiennego, licowanego po bokach wału, co miało prawdopodobnie umożliwić poprowadzenie drogi przez podmokłe siedliska. Za czasów niemieckich stał tu domek myśliwski, a obecnie pewną atrakcję stanowią duże bloki skalne tuż przy samej drodze. Krótka przechadzka po tych ułożonych ludzkimi rękami kamieniach, przez mroczne, gęste tyczkowiny świerkowe, pozwala mi odczuć tą specyficzną mistykę, magiczną tajemniczość, jaką owiane są Góry Izerskie.

 Stara ścieżka pod szczytem Kowalówki

Trafiam w końcu na jedyną drogę prowadzącą na sam szczyt Kowalówki. Po krótkim, stromym podejściu, stok łagodnieje. Miejsce to porośnięte jest niskimi drzewami, rosnącymi w luźnym rozproszeniu. Dzięki temu, docierając na szczyt, nietrudno znaleźć odpowiedni punkt, z którego można podziwiać widoki. Panorama, rozciągająca się na południu, obejmuje Karkonosze - od Śnieżki po Wielki Szyszak, choć można też dojrzeć Czarną Kopę i Śnieżne Kotły. Na pierwszym planie znajduje się fragment zbocza Kamienicy.

Widok ze szczytu Kowalówki 

Ze szczytu podążam dalej na zachód, zwolna opadającym stokiem. Pokryte śniegiem lasy wydają się ciche i uśpione. Trudno spotkać tu ptaki, których większość zleciała niżej, w nieośnieżone rejony, gdzie łatwiej im przetrwać zimę. Między niskimi świerkami przeleciał co prawda jakiś większy ptak, niestety zbyt szybko zniknął w gęstwinie, bym mógł dostrzec jaki. Inaczej sprawy mają się ze ssakami, które nie opuściły swoich rewirów i stawiają czoła śnieżnej aurze. Na ścieżce, którą podążam, ciągnie się sznurowato trop pozostawiony przez lisa. Jest to swojego rodzaju zapis łowów, jakie drapieżnik ten odbył tu, być może dzisiejszego ranka. Krew na śniegu oznacza że były udane. Nieco dalej, docierając po tropach do lisiej nory, przekonuję się, że ofiarą padł zając, którego zdarta skóra leży przy wejściu do korytarza. Tam gdzie ścieżka ze szczytu Kowalówki krzyżuje się z Tytoniową Ścieżką są i tropy zająca. Być może ostatnie jakie zostawił w swym życiu. 

Po wejściu na Tytoniową Ścieżkę mam przed sobą krótki odcinek szerszych dróg leśnych. Podążam nimi, by znaleźć się na siodle między Kowalówką a Kamienicą. Przede mną teraz dość trudne zadanie odnalezienia ścieżki prowadzącej na szczyt. Kiedy już wybrałem jedną z nich, po kilkudziesięciu metrach staje się ona zbyt niewyraźna pod leżącym śniegiem, i gubię ją, znajdując się na zwierzęcej ścieżce, która ostatecznie niknie gdzieś w gęstwinie świerków. Decyduję się podejść bez użycia ścieżki, kierując się konsekwentnie w górę stoku. Manewrując między ośnieżonymi gałęziami, po upływie pół godziny docieram na szczyt. Wznosi się on na wysokość 972,8 m n.p.m. i jest najwyższym punktem Kamienickiego Grzbietu. Trud drogi, jaką wybrałem by się tutaj dostać, zwiększa teraz zadowolenie ze zdobycia góry i  radość z rozległego widoku na Pogórze Izerskie. 

Wierch Kamienicy wciąż jest naznaczony skutkami klęski kwaśnych deszczy, które doprowadziły do zamarcia dużych połaci lasu. W centralnej części znajduje się przestrzeń porośnięta tylko luźno rozproszonymi, młodymi świerkami, przez co krajobraz, zdominowany przez bloki skalne i porastające je mchy i krzewinki, sprawia wrażenie wysokogórskiego, bliskiego Karkonoszom. Nieco niżej, gdzie stok zaczyna wyraźniej opadać, sterczą kikuty martwych drzew, między które wrasta już nowe pokolenie świerków. Przeobrażenia drzewostanów świerkowych wskutek klęski, skutkują teraz zróżnicowaniem ich struktury i zwiększeniem naturalności. Z punktu widzenia ideologii warto jednak pamiętać, że samo wprowadzenie monokultur świerkowych na ogromnych powierzchniach górskich było przeobrażeniem przyrody znacznie bardziej daleko idącym, niż ich późniejsza degeneracja wskutek kwaśnych deszczy. 

 Na szczycie Kamienicy

Lasy na szczycie Kamienicy, przerzedzone przez kwaśne deszcze

Panorama ze szczytu Kamienicy na Pogórze Izerskie

Na zejście z Kamienicy wybieram znów ścieżkę biegnącą przez gęstwinę młodych świerków, lecz po przebyciu krótkiego dystansu, decyduję się z niej zawrócić po dość bliskim spotkaniu z dzikami, z których jeden nie miał szczególnej ochoty ustąpić mi drogi. Wracam więc na skrzyżowanie pod szczytem, skąd wybieram ścieżkę wijącą się po zboczu, najpierw w kierunku wschodnim, później południowym. Tym razem uważnie pilnuję, by nie zgubić się w ścieżkach zwierzyny i po dość krótkim czasie dochodzę do drogi leśnej. Z niej obieram kolejną ścieżkę, schodzącą do doliny rzeki Kamienicy w jej źródliskowym odcinku. Niestety ścieżka ta okazuje się jedynie niezbyt wyraźną linią oddziałową i po prostu znika po dojściu do rzeki. Jako że krótki zimowy dzień powoli zbliża się do końca, postanawiam nie tracić czasu na poszukiwania najwygodniejszego zejścia i wybieram najkrótsze, wyznaczone przez samo koryto rzeki. Początkowo poruszam się wzdłuż niego z łatwością, ale na wysokości ok. 780 m n.p.m. lasy stają się coraz bardziej dzikie i niedostępne. Bagienne świerczyny rosną tu na źródliskowych torfowiskach, niemożliwych do przejścia suchą nogą. Dodatkowym utrudnieniem są liczne powalone drzewa, tworzące miejscami przeszkody bardzo trudne do przebycia. Nieco łatwiej jest na lewym brzegu, gdzie w odległości kilkudziesięciu metrów od koryta, młode fragmenty lasów są co prawda gęste i wymagające przedzierania się, ale znacznie bardziej suche i pozbawione wiatrowałów. W końcu, na wysokości 700 m n.p.m. docieram do Wysokiej Drogi. Po przebyciu tak trudnego odcinka, znalezienie się teraz no twardej nawierzchni niesie ze sobą rodzaj ulgi, ale jednocześnie wprowadza nastrój pożegnania z wrażeniami dzikich ostępów, gdyż do końca mojej dzisiejszej wędrówki poruszam się już takimi, dobrze utrzymanymi, drogami. Z Wysokiej Drogi skręcam na Drogę Chromiecką, biegnącą wzdłuż doliny Kamienicy, by po upływie pół godziny szybkiego marszu znaleźć się w Antoniowie, a następnie w Chromcu, gdzie w ostatniej chwili łapię autobus do Jeleniej Góry.

piątek, 12 grudnia 2014

Przez Kamienicki Grzbiet Gór Izerskich. Część I.


01.XII.2014: Górzyniec - Gaik - Jastrzębiec - Kopań - Kozia Szyja - Kopaniec

 

Pierwszy poranny autobus do Górzyńca. Poniedziałek. W środku atmosfera nieco ożywiona i radosna, kontrastująca z mroźnym spokojem pierwszej grudniowej nocy. Tematem przewodnim jest dzień darmowych przejazdów w jeleniogórskim MZK, odbywający się z okazji pierwszego dnia miesiąca. Przy mijaniu kolejnych szpalerów bilbordów wyborczych, powraca temat wczorajszego głosowania. Na dalszym planie - sprawa niejakiej Marysi, której jednemu z pasażerów bardzo szkoda, o czym ze starannością informuje kolejno dosiadających znajomych z pracy. Gremium dysputantów rośnie w miarę zbliżania się autobusu do celu. W końcu milknie, osiągając ostatni przystanek. Chwilę jeszcze warkot silnika rozbrzmiewa w ciemności, aby po chwili ustąpić spokojnemu szeptaniu Małej Kamiennej.
Do świtu jeszcze prawie dwie godziny. Odbijając z pętli na zachód, zostawiam za sobą skąpe oświetlenie budzącej się do życia osady i zanurzam się w ciemność lasu. Po kilkunastu minutach spaceru żwirową drogą docieram do wiaduktu kolejowego pod Wrzosówką. Na jego granitowym  murze znajduję w świetle latarki cztery okazałe kępy zimozielonej paproci - zanokcicy skalnej i obumarłe na zimę kępki paprotnicy kruchej. Oba te gatunki są niezbyt częstymi paprociami naskalnymi, charakterystycznymi dla zbiorowisk szczelinowych; poza górami występują raczej rzadko, głównie na starych murach.
Spod wiaduktu kieruję się historyczną drogą na Wilcze Płóczki (Wolfsseifenweg), pnącą się z wolna w górę, w kierunku masywu Gaika i Jastrzębca. Droga ta wiedzie przez nieco zagadkowe miejsce o nazwie „Sarnia Nóżka” (Rehbrüchel). Nazwa ta za czasów niemieckich odnosiła się do obfitującej w źródliska dolinki strumienia, rozciągającej się pomiędzy górami Gaik i Kozia Szyja. Po wojnie została (najpewniej omyłkowo) przypisana do bliżej nieokreślonego rozdroża.
Idąc przez ten podmokły, lekko puszczański obszar, mijam śródleśne luki po wykrotach, drobne źródliska porośnięte torfowcami i turzycą odległokłosą oraz strumienie, w spokojniejszych miejscach zamarłe pod przykryciem cienkiej tafli lodu. Zbliżający się świt rzuca subtelne, blade światło na otaczający mnie las. Dopiero teraz zauważam, że zarówno droga, jak i drzewa bielą się, mimo że śnieg jeszcze nie spadł. Grubym osadem szadzi pokryte są starannie nawet najcieńsze gałązki świerków oraz całe runo. Odpadające z koron kryształki zamarzniętej mgły oprószyły  drogę, tak że miejscami faktycznie wygląda, jakby obsypana śniegiem. Zarówno siedlisko jak i pora doby jest odpowiednia dla głosowej aktywności sóweczki. Zaczynam wabić, trochę bez przekonania, bo od wyjścia z autobusu nie słyszałem nawet puszczyka, a w grudniową noc sóweczki odzywają się dość przypadkowo.  Po kilkuminutowym braku efektu zaczynam naśladować głos włochatki, dla której miejsce wydaje się równie odpowiednie. Po kilku wygwizdanych przeze mnie frazach, absolutną ciszę uśpionego lasu rozdziera przenikliwe kwilenie rozbudzonego bielika... Skutecznie zbija mnie to z tropu, bo sytuacja ta wydaje mi się jednocześnie nieprawdopodobna, zaskakująca jak i zabawna. Bielik odzywa się jeszcze kilka razy, chyba nieznacznie zmieniając miejsce, a w międzyczasie ja uruchamiam dyktafon. By zachęcić mojego „rozmówcę”, powtarzam jeszcze kilkakrotnie pohukiwanie włochatki i kwilenie, które przed chwilą wydawał. Po jednej odpowiedzi orła następuje cisza. Znany jest fakt, że bielik wydaje głos od razu po przebudzeniu, jeszcze przed świtem. Bardziej zaskoczyło mnie to, że zdarzenie to ma miejsce w grudniu, przynajmniej o miesiąc za wcześnie na rozpoczęcie przez te ptaki godów.
Gniazdo bielika w Górach Izerskich jest prawdopodobnie najwyżej położonym stanowiskiem tego gatunku w Polsce, jak i w Środkowej Europie. Odkryte zostało w 2004 roku nieopodal Antoniowa (ponad 4 km od miejsca, w którym się znajdowałem). Jest drugim przypadkiem gniazdowania tego orła w polskich górach (pierwsze były Karkonosze). Myślę, że spotkany przeze mnie ptak należał właśnie do tej lęgowej pary.
Mimo zaskoczenia jakie przyniosło ze sobą spotkanie z bielikiem, nie ono stało się największą ptasią niespodzianką dzisiejszej wycieczki. Nie minęły dwie minuty od chwili gdy orzeł ucichł i nie zdecydowałem się jeszcze na wyłączenie dyktafonu, a we wznoszącej się ponad mną świerczynie rozniósł się miękkim echem gwizd sóweczki. A za nim – głos kolejnej... O ile krzyczący w grudniową noc orzeł mieścił się jeszcze w granicach mojego zrozumienia przypadkowości zdarzeń, to dwa samce sóweczki, nawołujące praktycznie w jednym miejscu, były ponad jakiekolwiek oczekiwania. Zimowe stwierdzenia tego gatunku nie mają większego znaczenia dla poznania jego rozmieszczenia, gdyż w okresie tym ptaki mogą oddalać się od swoich rewirów lęgowych w poszukiwaniu łatwiej dostępnego pokarmu. Terytorializm jest zapewne słabiej zaznaczony, ale o grupowym występowaniu nie ma mowy. Tłumaczę sobie, że może ten fragment lasu jest na tyle zasobny, żeby mogło w nim przebywać kilka sóweczek w czasie zimowego koczowania. Bardzo możliwe, że były to młode, tegoroczne samce, które dopiero będą zajmować własne rewiry lęgowe. Zresztą jeden z głosów – ten który odezwał się później, był oddalony od pierwszego, choć dochodził z tego samego kierunku. Mogło zdarzyć się tak, że dwa samce właśnie dowiedziały się o swoim sąsiedztwie i ich intensywne nawoływania miały za zadanie odpędzić konkurenta. Było to drugie w moim życiu spotkanie z sóweczką, tak więc już na początku, zanim zdążył nastać świt, dzień był bardzo udany.

Docieram pod południowe stoki Gaika – do dawnego miejsca płukania złota i poszukiwania drogich kamieni przez Walonów, zwanego Złotą Jamą (wraz ze znajdującymi się na jej wschodnim krańcu Wilczymi Płóczkami). Odbijam  z Drogi Paśnikowej, która zamiast na szczyt góry chce poprowadzić mnie w dół lub na Kozią Szyję. Pnąc się do góry przez wysoką, świetlistą świerczynę napotykam na kilka nieoznaczonych na mapach ścieżek opasujących górę. Pod szczytem wchodzę w niższy las liściasty z przewagą brzozy i domieszką buka. Spod kobierca opadłych liści wyglądają gdzieniegdzie fragmenty skał. Na samym szczycie – młoda świerczyna, a w niej zaciszna, mała polanka z większym kamieniem pośrodku – idealne miejsce na papierosa i kilka łyków kawy.
Południowe zbocza Gaika




Pod szczytem Gaika
Przez zalesiony wierch Gaika przebiega leśna droga z Kopańca (Koziej Szyi) do rozdroża przy dawnej leśniczówce Baraki (Hochstein). Po krótkim przejściu wśród młodników znajduję się na szczycie Jastrzębca. Dopiero tutaj spotykam drobne ptaki śpiewające – sikory sosnówki i pełzacze leśne, zapamiętale uwijające się między świerkami w poszukiwaniu pokarmu. Nie zwracają na mnie uwagi i dają obserwować się z bardzo bliska. W czasie tak mroźnego i krótkiego zimowego dnia, ich jedynym zmartwieniem jest to, by znaleźć taką ilość pokarmu, ażeby energii starczyło na przetrwanie długiej nocy.


Na szczycie Jastrzębca

Schodząc z Jastrzębca, skręcam na północ w stronę leśnej uprawy. W pogodny dzień musi rozciągać się stąd piękna panorama na Pogórze Izerskie i Kaczawskie. Dzisiejsza mgła przysłania ten widok, nie odbierając jednak wyzwalającego tchnienia górskiej przestrzeni. Uprawy są ogrodzone, lecz nieco powyżej ambony znajduje się przejście między nimi, wymagające tylko przeciśnięcia się przez nieszczelne grodzenie. Wchodząc znów w wysoki bór, natrafiam na pokaźną skałę znajdującą się na północnym zboczu Jastrzębca. Wspinając się na nią znajduję trzy kępki paprotnicy kruchej oraz kilka osobników innej paproci - cienistki trójkątnej. Również z tego miejsca, przy dobrej widoczności, widok musi być urzekający. W przeciwieństwie do poprzedniego punktu, rozciąga się on w kierunku zachodnim. 
Uprawy leśne na północnym zboczu Jastrzębca
Skałki pod Jastrzębcem

Widok ze skałek

Podążam dalej wzdłuż zbocza Jastrzębca w kierunku góry Kopań. Mijam przy tym ciekawe, puszczańskie fragmenty lasu, o zróżnicowanej strukturze, z rozproszonymi starymi świerkami i bogatym podszyciem złożonym ze świerka, buka i brzozy. Kolejne wymarzone miejsce dla najmniejszych krajowych sów - zarówno dla sóweczki, jak i włochatki.
Puszczański fragment lasu na północnym stoku Gaika

Droga na Kopań
Zahaczając o szczyt Kopania, kieruję się wzdłuż „Górskich Łąk” (Berg Wiesen) na Kozią Szyję, ukazującą zamgloną panoramę pogórzy. Miejsce to jest dla mnie szczególnie ważne, ze względu na wyjątkowo cenne łąki, ciągnące się od szczytu, aż do podnóży góry. Miałem okazje dokładnie zbadać je pod kontem botanicznym w roku 2011 i stały się pierwszym fragmentem Gór Izerskich, który tak bardzo urzekł mnie swoją przyrodą. Ich wartość jest nie do przecenienia i moim zdaniem w pełni zasługują na objęcie ochroną, najlepiej rezerwatową (w przyszłości poświęcę im odrębny wpis). Punkt widokowy na Koziej Szyi to również miejsce, z którego co niektórzy zobaczyli perspektywy na „ożywienie” turystyki w rejonie Kopańca poprzez wybudowanie na tych właśnie łąkach wyciągu i nartostrady wraz z całą infrastrukturą i zabudową rekreacyjną. Głównym argumentem był... brak podobnych atrakcji w skali gminy (!) Stara Kamienica. Na szczęście, wygląda na to, że tym razem wąskie „administracyjne” myślenie ustąpiło wartościom wyższej kultury duchowej i widmo, które z Koziej Szyi wzniosło się nad tym górskim klejnotem, zostało, przynajmniej na jakiś czas, oddalone.

Szczyt góry Kopań
Na Koziej Szyi
Z Koziej Szyi kieruję się asfaltową drogą w dół Kopańca. Pod szczytem góry mijam ruiny dawnych gospodarstw z resztkami przysłupowych chałup. W tych pozostawionych przyrodzie murach zagościli teraz nowi mieszkańcy, może bardziej odporni na trudy życia pod wierchem. Na kamiennych ścianach wyrosły gdzieniegdzie paprotki zwyczajne, a starą, przysypaną piwniczkę zasiedliły jaskiniowe stworzenia – pająk sieciarz jaskiniowy i ćma szczerbówka ksieni, której osobniki schroniły się tu by przetrwać zimę. Nawet ściany i sklepienie obrosły osobliwymi, rosnącymi w dół grzybami. Jedna z chałup zachowała się jeszcze wraz z częścią przysłupową, wszystkimi ścianami i dachem. W czasie złej pogody lub potrzebie noclegu jej piwniczka może zaoferować schronienie wędrowcowi. Na szczególną uwagę zasługuje okazała lipa drobnolistna rosnąca na terenie dawnej posesji. Jej pierśnica wynosi 380 cm, co nadaje jej wymiary pomnikowe (które dla tego gatunku wynoszą 314 cm). Z tego, co mi wiadomo, w całej gminie Stara Kamienica znajduje się aktualnie tylko jedno drzewo uznane za pomnik przyrody.

Ruiny chałup przysłupowych
Sieciarz jaskiniowy
Szczerbówka ksieni


Osobliwe grzyby na sklepieniu piwniczki

Paprotka zwyczajna na murze opuszczonego domu

Lipa drobnolistna o pomnikowych wymiarach (380 cm pierśnicy)
Niszczejąca chałupa przysłupowa
Łąka pokryta szadzią, wygląda jakby w grudniu zakwitła ponownie
 Schodząc niżej zagłębiam się w kulturowy krajobraz Kopańca. Przejście „od natury do kultury” jest w tym wypadku niezwykle przyjemne, ponieważ wieś ta jest bardzo urokliwa i spójna, zarówno pod względem budownictwa jak i wtopienia się w otaczający górski krajobraz. Jej luźny łańcuch wspina się wysoko, prawie po szczyt Koziej Szyi. Domostwa są zadbane, a wiele przysłupowych chałup zostało odrestaurowanych. Daje się wyczuć umiłowanie mieszkańców do własnej wsi, szacunek do jej historii i otoczenia. Nawet niektóre stare elementy zabytkowych budynków, znajdujące się na posesjach, zostały wykorzystane np. jako brama wjazdowa do gospodarstwa. Domostwa przyozdobione są oryginalnymi tabliczkami numerowymi, a mieszkańcy prześcigają się w pomysłach, zachowując przy tym umiar i nie popadając w groteskę. Rzuca mi się w oczy tabliczka z numerem domu ułożonym z ceramicznej mozaiki lub inna, wykonana na wyciętym plastrze z pnia drzewa, albo szczególnie ciekawa tabliczka przy galerii, przyczepiona do małego kamienia młyńskiego. Zachowano również pamiątki przeszłości, wśród których wyróżniają się stare, niemieckie słupy ogłoszeniowe. W ostatnich latach wypełniono w nich ubytki i odmalowano. Zmiana krajobrazu wiejskiego, jaką niesie duch czasu jest tu wyraźnie odczuwalna – Kopaniec bynajmniej nie jest skansenem, ale rozwijającą się wioską. Jednak rozwijającą się w sposób przemyślany, gdzie liczy się jakość zmiany, a nie zmiana sama w sobie. Wrażenia tego nie psują nawet, lub tylko w niewielkim stopniu, zupełnie nie przystające do całości, nowoczesne domki z obowiązkowymi kolumnami, jakie znajdziemy szczególnie w dolnej części osady. W kwestii zadbania o oblicze wsi jest tutaj z pewnością jeszcze wiele do zrobienia, jednak ważny jest widoczny pozytywny kierunek tych działań. Kierunek, który łatwo mógłby być  odwrócony, jak to miało miejsce w przypadku wielu górskich miejscowości, których głównym motorem rozwoju stały się przetrawione zarazą komercji, zwyrodniałe odmiany turystyki. Dawniejsi osadnicy wznosili swoje górskie chałupy z materiałów, które ziemia urodziła w jej najbliższej okolicy, przez co niejako wsie wyrastały z przyrody, pozostając z nią w naturalnym pojednaniu. Mimo ówczesnych trudów życia, gdzieś w ludzkiej naturze tliły się żywo uczucia, rozbudzane przez piękno otaczającego krajobrazu. Znajdywało to odzwierciedlenie nawet w starannym zdobieniu ubogich chałup, na których szczytach układano łupki w misterne wzory. Kopaniec ma to szczęście, że w dobie dwudziestowiecznych ułatwień, znaleźli się w nim ludzie, którzy potrafili to piękno dostrzec i docenić. I oby w przyszłości, jeśli zajdzie taka potrzeba, potrafili przedłożyć je ponad  pozorne korzyści płynące z rozwoju zbanalizowanych form turystyki, które już wielokrotnie potrafiły, za odpowiednią zapłatą, zamknąć oczy i serca na piękno Lica Ziemi. Piękno, którego cena w naszych sercach jest przecież wielokrotnie wyższa, a zapłata za nie – czysto idealna.


Chałupa przysłupowa ze zdobionym szczytem
Zabytkowy słup ogłoszeniowy


Jedna z oryginalnych tabliczek numerowych